12/2012 O wyczepianiu szybowca

Opis zgłoszenia

Chciałem zwrócić uwagę na jedną, ale według mnie poważną, nieprawidłowość w holach za samolotem. Mianowicie kiedy holowałem się szybowcem, czasami lub nawet częściej, było tak, że holownik za szybko uciekał przy wyczepianiu. Przechylił się raz lub dwa i nurkował w dół. Według mnie stanowczo za szybko się to dzieje. Szczególnie dla uczniów, ale myślę, że dla innych też nie jest to za przyjemne. Trzeba się upewnić, że szybowiec jest wyczepiony. Jak dla mnie to za szybko. Holownik powinien pomachać skrzydłami około 3 razy i dopiero jak się wyczepię oraz, gdy on się upewni, że się wyczepiłem, to wtedy powinien schodzić, a nie machnąć skrzydłem i od razu uciekać. Trzeba zaznaczyć to miejsce wyraźnie, kilkakrotnym machnięciem skrzydłami, a nie jak przy większym podmuchu termicznym w jedno skrzydło. Poza tym myślę, że po wyczepieniu to szybowiec powinien odbić w którąś stronę, i dopiero potem holówka, a nie odwrotnie. Wtedy holownik widzi na 100%, że jest wyczepiony. Wiem, że holownik „czuje” wyczepienie szybowca, ale mimo wszystko uważam, że nie jest to za bezpieczne (przykładowo może być taka sytuacja, że w holówkę uderzy jakiś podmuch termiczny i holownik może to odczuć jako wyczepienie).

Od Zespołu

Polecamy lekturę poniższego felietonu, autorstwa naszego kolegi - Sławomira Cichonia, który został opublikowany w jednym z numerów miesięcznika Pilot Club Magazine.

Zdradziecki hol

"Dziura w oszkleniu holówki wyglądała całkiem niewinnie, jakby coś upadło na dach samolotu lub ktoś rzucił w niego kamieniem. Z pewnością nie pokazywała, do jakiego dramatu mogło dojść tego dnia w powietrzu.

Był to standardowy hol, na sznurku w treningowym szybowcu znajdował się uczeń pilot, który wyszkolił się podstawowo na szybowcach dopiero przed miesiącem. To był jeden z jego pierwszych samodzielnych lotów na termikę. Turbulencja w tym dniu była spora, kominy wąskie i również turbulentne. Mimo, że pilot holujący był uprzedzony, że szybowiec pilotuje początkujący uczeń i że w miarę możliwości holować trzeba delikatnie, nie zawsze się to udawało. W pewnym momencie amplituda wahań szybowca na holu stała się bardzo duża; tak go rozbujało, że pilot praktycznie nie kontrolował lotu. Nie wyczepiał jednak liny licząc, że jakoś uda mu się ustabilizować lot. W pewnym momencie szybowiec znalazł się bardzo wysoko nad samolotem, podciągając jego ogon w górę. Młody pilot był tak sparaliżowany, że nie robił nic tylko górą wyprzedzał holówkę. Pilot samolotu próbował wyczepić linę, ale była ona już zakleszczona i zaczep nie puszczał. Sytuacja stawała się krytyczna, samolot leciał w pionie w dół a nad nim szybowiec z podpiętą liną. I w tym momencie zerwał się bezpiecznik zamontowany na linie a ta, sprężynując, uderzyła w owiewkę tuż nad pilotem i zwolniona już wcześniej odpadła od samolotu. Samolot wylądował bez dalszych przygód, szybowiec też po chwili był już na ziemi. Nie wiem, czy piloci zdawali sobie do końca sprawę z tego, jak niewiele dzieliło ich od tragedii. Przez lata mojej lotniczej przygody podobnych zdarzeń było kilka, nie wszystkie niestety skończyły się tak dobrze…

Na lotnisku stołecznego aeroklubu odbywa się szkolenie halniakowe. Ćwiczenie to ma przygotowywać pilotów szybowcowych do lotów holowanych na falę i uczyć pilotażu w turbulencji, która spowodowana wiatrem halnym i rotorami jest niekiedy bardzo silna. Pilot samolotu szybko zmienia położenie maszyny symulując turbulencje a pilot szybowca ma utrzymać się na holu.

Pilot holówki tak zawzięcie tańczył na niebie, że w pewnym momencie załoga szybowca znalazła się wysoko nad samolotem. I znowu podniesiony do góry ogon samolotu i holówka zaczyna ostro pikować w ziemię, znowu zaczepy nie chcą puścić liny, a wtedy jeszcze nie montowano na nich bezpieczników. W końcu lina się urywa, ale samolot jest w pionie bardzo nisko nad ziemią. Szybowiec bezpiecznie ląduje, pilotowi samolotu nie udaje się jednak wyprowadzić maszyny z nurkowania, uderza w ziemię i ginie na miejscu.

Ewa była studentką medycyny, wyjechała na wakacje w góry wyszkolić się na szybowcach w tamtejszym aeroklubie. Szkolenie podstawowe poszło w miarę sprawnie, teraz przyszedł czas na ćwiczenie celności lądowania. Poczciwy Jaczek ciągnie szybowiec na 300 metrów nad znaki, krótkie pomachanie skrzydłami i ostry nur w dół. Zaskoczona pilotka nie zdąża sięgnąć po wyczep, lina cały czas łączy szybowiec z samolotem, po chwili samolot będący w pionowym nurkowaniu wisi całym swoim ciężarem na skrzydłach Pirata. To zbyt dużo jak na ten szybowiec, centropłat odrywa się od kadłuba, później urywa się lina holownicza a kadłub Pirata z pilotką w środku, uderza w ziemię. Ewa ginie na miejscu…

Wtedy komisja badająca wypadek ustaliła, że prawdopodobnie błąd popełniła pilotka szybowca, która nie wyczepiając liny wyszła wysoko ponad samolot holujący.

Inne światło na tę katastrofę rzucił wypadek, który wydarzył się kilka lat później.Ten sam aeroklub, ten sam samolot i ten sam pilot holujący. Inny jest tylko holowany szybowiec, tym razem zamiast drewnianego Pirata mamy nowoczesny szybowiec treningowy Junior. Za jego sterami i tym razem zasiada mało doświadczona pilotka. I znowu hol, i znowu lekkie pomachanie skrzydłami i znowu ostre schodzenie w dół samolotu i znowu niesprawdzenie czy szybowiec się wyczepił i znowu samolot wisi na skrzydłach szybowca… Tym razem laminatowe skrzydła Juniora utrzymały ciężar Jaka 12. Dźwigary są zabielone, poszycie pofalowane, ale skrzydła cały czas są na swoim miejscu. Zapracowuje bezpiecznik na linie, szybowiec jest w locie swobodnym, pilotka będąc w szoku na ogromnej prędkości ląduje z prostej gdzieś na okolicznych polach. Przeżyła i może składać zeznania, po kilku tygodniach komisja już wie, jakie były przyczyny wypadku.

Cztery historie bardzo podobne do siebie, niektóre z nich skończyły się fatalnie. Jaka nauka z nich płynie? Dla pilotów holujących taka, że bezwzględnie nie można rozpoczynać schodzenia po wykonaniu holu, jeśli fizycznie nie zobaczy się odpiętej linki holowniczej lub oddalającego się szybowca. Dla pilotów szybowców taka, że nie wolno stracić z pola widzenia samolotu holującego, jeśli tak się stanie należy natychmiast odczepić linę i próbować się wykręcić, wrócić na lotnisko lub nawet wylądować w terenie. Złota zasada lotów na holu mówi: „Lepiej być dużo poniżej samolotu niż trochę za wysoko”. Instruktorom i pilotom ćwiczącym loty halniakowe pragnę powiedzieć, że moje doświadczenie w lotach falowych to raptem kilkanaście lotów, byłem świadkiem może kilkudziesięciu holi i mimo, że bywają loty w turbulencji to nigdy podczas nich nie rzucało tak jak podczas moich ćwiczeń halniakowych. Czasami halniaki to wręcz rywalizacja miedzy pilotem samolotu i szybowca, kto kogo przechytrzy. Nikomu niepotrzebna rywalizacja, która już raz skończyła się tragicznie."